Szukaj w serwisie

img img

Menu

img img

Informacje

img img

Euroinformacje

img img

Wiadomości z UE

Ponad 20 mln euro na budowę fabryki biopaliw w Polsce
I Europejski Tydzień e-Umiejętności
Na gorących źródłach: Polska pięknieje dzięki wsparciu Brukseli
Sztuka wspiera regionalny wzrost w Irlandii Zachodniej
Dyrektywa usługowa wchodzi w życie

Partnerzy

img img

EurActiv.pl
Naturalnie

Archiwum

img img
drukuj

2009-09-10 12:32:02

Długi marsz


Rozmowa z sekretarzem stanu ds. europejskich, JAROSŁAWEM PIETRASEM

Maria Graczyk: - Jak wygląda bilans pierwszego roku członkostwa Polski w Unii Europejskiej? Które z obaw się sprawdziły i które nadzieje spełniły?
Jarosław Pietras: - Obaw zarówno w Polsce, jak i w państwach starej Unii było dużo. Dotychczasowi członkowie UE obawiali się, czy Polska i inne nowe państwa sobie poradzą, czy nie będzie zakłóceń w różnych systemach unijnych, np. przy kontrolach granicznych lub weterynaryjnych. Kiedy spojrzymy wstecz na łamy prasy austriackiej czy innych państw, zauważymy, że żadna z prezentowanych wtedy obaw nie spełniła się w takim stopniu, by warto teraz o tym pisać. Nie było szoku po rozszerzeniu - ani dla polskiego społeczeństwa, ani dla samej UE.
Nie oznacza to, że wszystko przebiegło gładko. Nie wywołało jednak zaburzeń, które by zakłóciły czy przerwały jakieś procesy. Żadna gałąź polskiej gospodarki po akcesji nie ucierpiała i żadna polska instytucja nie zablokowała się nagle z natłoku nowych zadań. Niektórzy mieli może zbyt dużą nadzieję, że po 1 maja 2004 w Polsce świat będzie zdecydowanie inny. Tymczasem wiele spraw pozostało niezmienionych - zarówno nad Dunajem, jak i nad Wisłą.
Rozmawiamy o ocenie zjawiska, które ma wymiar historyczny. Nie można tego robić kilka miesięcy po jego wydarzeniu. Kiedy spojrzymy z perspektywy 20 lat, zauważymy, że cały okres od 1989 r. aż do momentu członkostwa był czasem przejściowym, pełnym przygotowań. Zakończył się 1 maja 2004 r., wraz z przystąpieniem do UE. Z perspektywy historycznej będzie widać, że ta data jest cezurą.


- Sytuacja na wsi wygląda lepiej, niż przewidywały czarne scenariusze - rolnicy dostali więcej dopłat bezpośrednich.
- Główną korzyść, którą odnieśli rolnicy i główny powód ich obecnego zadowolenia nie wiązał się z dopłatami bezpośrednimi. Wyraźna zmiana nastawienia rolników nastąpiła, zanim jeszcze którykolwiek otrzymał płatności bezpośrednie. Już wczesną jesienią ubiegłego roku rolnicy mieli bardzo optymistyczne nastawienie. Zmieniły się relacje cenowe i ich praca zaczęła przynosić dochody, zapewniać im byt. Nie czują się już przywiązani do ziemi, bo nie mają jej komu przekazać, lecz teraz widzą, że ta praca zaczyna się opłacać w sensie ekonomicznym, że warto zostać na ziemi. Potwierdzeniem tego jest znaczący wzrost cen ziemi w Polsce. Ceny ziemi wzrosły, bo są chętni do pozostania w rolnictwie. Wielu ludzi uważa, że jest to dziedzina rozwojowa, w którą warto inwestować. Następuje modernizacja rolnictwa. Jest to zasługa przyjęcia przez Polskę polityki rolnej UE, która dysponuje o wiele bardziej bogatym instrumentarium wspierania rolnictwa niż wewnętrzna polityka polska.


- Oczekiwano także spadku bezrobocia, ale te nadzieje się nie ziściły.
- Analizy ekonomiczne na to nie wskazywały. Raport UKIE "Bilans korzyści i kosztów członkostwa" z 2003 roku mówił o pozytywnym, ale bardzo długofalowym wpływie akcesji na rynek pracy. W tej kwestii zmiana będzie następować powoli.


- Przed przystąpieniem Polski do UE istniało wiele czarnych scenariuszy. Polska nie okazała się jednak płatnikiem netto. W wielu miastach, np. w Żyrardowie, zdobyto fundusze samodzielnie wyszukując informacje w Internecie. Przedsiębiorczość ludzi przeszła nasze oczekiwania.
- Ogromnym beneficjentem w Polsce jest nie tylko rolnictwo, lecz także społeczności lokalne, które od lat borykały się z nierozwiązanymi problemami. Żyrardów czy inne polskie miasta myślały o przedsięwzięciach, na które nie mogły się zdecydować z powodu zbyt małego budżetu. Jedyną szansą dla nich jest sięgnięcie do dodatkowego, zewnętrznego finansowania. Możliwość, jaką UE stwarza dla społeczności lokalnych, jest tak duża, że muszą się one zorganizować. Szansa na sfinansowanie budowy obwodnicy, mostu, oczyszczalni ścieków czy kanalizacji, zmusza ich do współpracy, przygotowania wspólnych projektów; przyczynia się do rozwoju samorządności.


- Kto jest więc największym beneficjentem rozszerzenia Unii?
- Niewątpliwie społeczności lokalne i rolnicy. Ale także przedsiębiorcy, szczególnie ci mali i średni, zyskali szansę znalezienia niszy i szerszego kręgu odbiorców. Przykładem jest choćby eksport polskich pieczarek, który zwiększył się piętnastokrotnie. W wielu wypadkach mali producenci jednego, ale dobrego produktu, byli w stanie wykorzystać fakt, że teraz mamy ogromny rynek. Na 450 milionowym rynku UE zawsze się znajdzie miejsce dla kogoś, kto ma swój specyficzny produkt. I o ile jest on dobry, będzie się sprzedawać.


- Kto zatem stracił na członkostwie Polski w UE?
- Nawet w rolnictwie są przegrani. Najczęściej są to ci rolnicy, którzy zignorowali potrzebę wypełnienia wniosków, ale nie tylko. Istnieją też grupy - np. producenci zbóż - którzy obecnie dostają mniej za swoje produkty niż przed członkostwem. Celnicy gwałtownie zredukowali swoją liczebność. Część z nich musiała przenieść się z granicy zachodniej na wschodnią. Przegranymi są ci, którzy zignorowali fakt, że do rozszerzenia trzeba się trochę przygotować. Przedsiębiorstwa, które dostarczały do FSO komponenty do produkcji, jeśli nic nie zrobiły, toną razem z tym zakładem. Ci którzy zignorowali przygotowania lub nastawili się niechętnie, znajdują się na pozycjach przegranych.


- Jakie były spektakularne zmiany w ostatnim roku?
- Wśród pozytywnych - oprócz faktu, że możemy teraz podróżować po Europie z dowodem osobistym - odnotowałbym przede wszystkim wzrost eksportu. Świadczy to o dużej elastyczności naszej gospodarki i Polaków. Nasi przedsiębiorcy szybko dostosowali się do nowych warunków i wykorzystali pojawiające się na Wspólnym Rynku możliwości. Dotyczy to nawet zakładów przetwórstwa mięsa i mleka. A w tych sektorach było szczególnie dużo lęków.
Co do negatywów - najbardziej zauważalny był wzrost cen niektórych artykułów spożywczych - przede wszystkim ryżu, cukru i bananów. To, że równocześnie utrzymały się lub nawet trochę spadły ceny sprzętu RTV, zauważyć trudniej. Wszak częściej kupujemy ryż niż telewizor.


- Jak możemy zdyskontować nasze roczne doświadczenie członkostwa?
- Wiemy już, że trzeba być bardziej elastycznym i szybciej działać. Na Wspólny Rynek trzeba wejść z impetem, a to wymaga zmiany postaw. Zamiast przyjmować postawę pasywną, obronną, trzeba być aktywnym, a w niektórych wypadkach nawet agresywnym. Tacy są już ludzie młodzi - aktywniejsi i bardziej dynamiczni niż starsze pokolenia; często też aktywniejsi i bardziej dynamiczni niż ich rówieśnicy w krajach "starej" Unii.
Ten rok był lepszy niż oczekiwaliśmy, a następny wymaga jeszcze bardziej intensywnej pracy. Skutki wejścia Polski do UE będą się ujawniać nie w ciągu roku, ale w ciągu kilkunastu lat. Trzeba się nastawić na długi marsz.


- W jakich sprawach głos Polski odgrywa istotną rolę w Brukseli? Na marcowym szczycie Unii nie została przyjęta dyrektywa usługowa, na której nam zależało.
- Popierana przez nas dyrektywa Bolkesteina nie przeszła, ale nie została też odrzucona, choć taką propozycję zgłoszono. Losy tej dyrektywy dotyczącej liberalizacji usług pokazują, że wewnątrz UE, szczególnie tej rozszerzonej, istnieją duże rozbieżności w poglądach. Nie została ona przyjęta, bo jak mogło do tego dojść przy sprzeciwie tak dużego państwa jak Francja? Nie została też odrzucona, bo jak mogłaby przy sprzeciwie takiego państwa jak Polska? Polska nauczyła się w ostatnim okresie wyrażać swoje stanowisko w sposób bardzo zdecydowany. Nauczyliśmy się tego w trakcie negocjacji akcesyjnych - gdy w sposób wyraźny mówi się o oczekiwaniach, można liczyć na to, że partnerzy dostrzegą nasze postulaty i na nie zareagują; choć nie zawsze pozytywnie. Cichy głosik z kąta nie wywołałby żadnego zainteresowania. W Unii trzeba mówić w sposób wyraźny i zdecydowany, ale trzeba też być gotowym do dostrzegania interesów innych. Skoro mamy 25 państw, nie możemy ignorować interesów np. Austrii. Na tym polega demokracja wewnątrzunijna. Polska jest jednym z 25 państw, ale na tyle istotnym, że gdy zabiera głos, to w skupieniu zastanawiają się nad nim inne państwa. W UE nie da się wielu spraw załatwić bez konstruktywnego udziału Polski.


- W Niemczech nie cichnie dyskusja na temat dumpingu socjalnego. W trudnej sytuacji znaleźli się m.in. polscy rzeźnicy. Tymczasem Warszawa milczy.
- Gdyby czytać tylko niemiecką prasę, można by odnieść wrażenie, że niemieccy rzeźnicy najbardziej odczuwają skutki rozszerzenia. Proszę zajrzeć do archiwalnych pism europejskich z 1986 r. - gdy do wspólnoty europejskiej przystąpiła Hiszpania i Portugalia - i przeczytać chociażby o wojnie o truskawki. Przy tym rozszerzeniu nie było sytuacji tak dramatycznych jak wtedy, gdy francuscy rolnicy zatrzymywali ciężarówki z truskawkami z Hiszpanii, wysypywali je na szosy i demonstracyjnie rozjeżdżali.
A poza tym - czy w gospodarczym interesie Polski leży to, by polscy pracownicy jechali do Niemiec i gnieździli się w bursach? Berlin może zostać zaopatrzony w mięso z zakładów, które są w promieniu 300 km. Jeśli Niemcy będą zatrzymywać napływ polskich pracowników, nie tylko do rzeźni, ale także do innych przedsiębiorstw, to przeniosą się one do Polski. Które rozwiązanie jest lepsze dla Polski? Zabieramy głos wtedy, gdy ma się pojawić jakaś decyzja dyskryminująca. Oprotestowaliśmy pomysł, by wydłużyć okres, w którym przedsiębiorstwo, które otrzymało pomoc publiczną lub z funduszy strukturalnych, miałoby pozostawić produkcję na terenie danego kraju. To są konkretne sprawy, które wywołują polską ripostę. Debata o delokalizacji czy dumpingu socjalnym ma natomiast charakter przede wszystkim polityczny. Ekonomiści niemieccy czy francuscy wiedzą doskonale, że na dłuższą metę nie można oszukać gospodarki i zmusić przedsiębiorcy do tego, żeby wytwarzał tam, gdzie mu się nie opłaca. Jeżeli jakaś produkcja jest nieopłacalna we Francji, istnieją tylko dwa rozwiązania: będzie ona kontynuowana w kraju, gdzie jest to opłacalne, albo w ogóle nie będzie jej w Europie.

Rozmawiała Maria Graczyk

(Kwiecień/Maj 2005)